Tej samej nocy, zamiast planować kolejne lekcje, usiadłam przed komputerem. Chciałam znaleźć coś, co jest kwintesencją braku kontroli. Coś, gdzie wynik zależy od przypadku. Coś, w czym nie będę mogła wszystkiego przewidzieć. Tak trafiłam na
vavada. To brzmiało jak nazwa jakiejś odległej reakcji chemicznej. Wchodząc tam, poczułam dyskomfort. To był antyplan. Morze gier, gdzie nie ma równań, tylko prawdopodobieństwa.
Zarejestrowałam się. Wpłaciłam 150 zł – równowartość dobrego zestawu odczynników. Wybrałam ruletkę. Czerwone czy czarne? To była pierwsza lekcja. Postawiłam na czerwień. Kulka zatrzymała się na czarnym. I nic się nie stało. Mój perfekcyjny świat nie runął. Po prostu straciłam żeton. Zrobiłam to jeszcze raz. I jeszcze. Czasem wygrywałam, czasem przegrywałam. Vavada stało się moim poligonem. Miejscem, gdzie celowo narażałam się na porażkę. I uczyłam się jej smaku. Był gorzki, ale nie zabójczy.
Największa lekcja przyszła z pokerem. Tu już był element strategii, ale też olbrzymia rola losu. Mogłam mieć najlepsze karty na starcie, a przeciwnik mógł dostać idealne dopełnienie na ostatniej wspólnej karcie. Uczyłam się foldować, czyli świadomie poddawać dobrą rękę. To było jak przyznanie: „ok, w tej sytuacji moja kontrola jest iluzoryczna. Pas”. To było wyzwalające.
Pewnego wieczoru, grając w automacie z motywem alchemicznym (co za trafny zbieg okoliczności!), trafiłam na serię przegranych. Dawna ja wpadłaby w furię. Ta nowa ja… wzięła głęboki odchód. I kliknęłam jeszcze raz. I wtedy zaczęła się bonusowa runda. Kaskada symboli, dźwięków, animacji. Wygrana była znacząca. Ale nie to było ważne. Ważne było to, że ta wygrana przyszła PO serii porażek. Bez mojej zasługi. Czysty przypadek. To była najpiękniejsza lekcja chemii życia: czasem, żeby otrzymać nowy związek, trzeba pozwolić, by stary uległ rozkładowi.