Ubezpieczenie pokryło tylko część kosztów. Zostałem z ogromną ratą kredytu za sprzęt, którego już nie miałem, i zerowym dochodem. Agencje nie czekały. Musiałem odmówić kilku dużych zleceń, bo nie miałem czym pracować. Czułem się jak ptak ze skrzydłem uziemionym. Mój świat, który był pełen przestrzeni i wolności, nagle skurczył się do czterech ścian mojego mieszkania i widoku za oknem.
Pewnego wieczoru, po kolejnej odmowie zlecenia, siedziałem przy komputerze. Byłem zrezygnowany. Mój kolega, który wie o mojej sytuacji, wysłał mi linka z komentarzem: "Kamil, oderwij się od tego. Twój mózg potrzebuje resetu." Link prowadził do strony vavada. Mój świat to precyzja, planowanie lotu, analiza ryzyka. Ten świat był jego przeciwieństwem - chaotyczny, losowy, pełen kolorów, które niemal krzyczały.
Przeglądałem go z ciekawością. W sekcji promocji zobaczyłem coś, co przykuło moją uwagę:
vavada kod promocyjny. To znaczyło, że mogę coś wypróbować, nie inwestując ostatnich oszczędności. To był dla mnie kluczowy argument. To nie była gra o wysoką stawkę, tylko o możliwość wejścia za darmo. Jak dostanie darmowego biletu na lot widokowy.
Zarejestrowałem się, wpisałem kod i dostałem darmowe spiny. Wybrałem grę o nazwie "Sky Hunter". Kręciły się w niej symbole chmur, samolotów i radarów. Kliknąłem. Patrzyłem na wirujące obrazy, myśląc wciąż o moim rozbitym dronie i zawalonych planach. I wtedy, zupełnie niespodziewanie, symbole zatrzymały się, tworząc wygrywającą linię. Ekran eksplodował kolorami. Wygrałem. Kwota nie była ogromna, ale była to równowartość zaliczki na nowy, używany, ale sprawny dron, który pozwoliłby mi wrócić do pracy.
Poczułem ulgę, ale też ogromny absurd sytuacji. Całe życie pracowałem na solidnym sprzęcie, a teraz mój powrót do zawodu umożliwił mi ślepy traf w grze, która była zaprzeczeniem wszystkiego, w co wierzyłem – planowania, precyzji, kontroli. To było jak lądowanie drona na zielonej łące po awarii systemu nawigacji – całkowicie przypadkowe, ale skuteczne.