Pewnego wieczoru, po kolejnej kłótni z Jackiem o pieniądze, siedziałem w porowej tawernie. Było we mnie tyle goryczy, że piwo smakowało jak woda morska. Mój telefon, zwykle wyłączony na morzu, miał słaby zasięg. Próbowałem znaleźć cokolwiek – pracę, ogłoszenie, iskierkę nadziei. Przez przypadek, może przez drżące palce, wpisałem w przeglądarce coś, co zobaczyłem wcześniej na reklamie –
vavada kasyno. To był świat tak odległy od mojego, że aż śmieszny. Zamiast szumu fal – dźwięk wygranych, zamiast horyzontu – migoczący ekran.
Z ciekawości człowieka, który już nic nie ma do stracenia, wszedłem. To było jak zejście do obcego, podwodnego świata, pełnego sztucznych koralowców i neonowych meduz. Przeszedłem przez proces rejestracji, myśląc, że to najgłupsza rzecz, jaką zrobiłem w życiu. Miałem na koncie ostatnie 200 złotych na jedzenie. Przeznaczyłem połowę. To nie była gra, tylko akt desperacji. Symboliczne rzucenie monetą w otchłań.
Wybrałem grę o nazwie „Pirate’s Gold”. Bo kto, jak nie pirat, rozumie ryzyko? Kręciły się symbole skrzyń, map i kotwic. Patrzyłem na nie obojętnie, myśląc o moim kutrze rdzewiejącym w doku. O Jacku, o naszej wieloletniej przyjaźni, która pękała pod ciężarem długów. Kliknąłem. Bębny zakręciły się. I wtedy, w tej całej elektronicznej farsie, stało się coś nieprawdopodobnego. Symbole, te głupie, kreskówkowe obrazki, ułożyły się w linię. Ekran rozbłysnął, zagwizdał. Wygrałem.
Kwota, która się pojawiła, nie mieściła mi się w głowie. To była dokładnie suma, której brakowało nam, by dokończyć naprawę silnika i wykupić paliwo na kolejny rejs. Czułem się, jakbym złowił złotą rybkę, o której opowiadałem moim dzieciom. Tylko że ta rybka była elektroniczna i mieszkała w tym vavada kasyno.
Wypłata była jak powrót do portu po burzy – trochę nerwowy, ale w końcu bezpieczny. Gdy pieniądze dotarły na konto, pierwszy raz od miesięcy zadzwoniłem do Jacka nie po to, by się kłócić. „Jacek – powiedziałem – przygotuj sieci. Płyniemy”.